Ogrzewanie domu na wsi

Poniższy poradnik będzie idealny dla laika, który chce kupić dom na wsi albo właśnie kupił i nie ma za wiele pojęcia o ogrzewaniu.

Kiedy kupować drewno na zimę?

Wbrew pozorom październik i listopad to już bardzo późno – a co, jeśli spadnie śnieg, zanim drewno zostanie kupione? Jak ktoś ma własny samochód z przyczepą, to ma nieco łatwiej, bo w najgorszym razie sam sobie przywiezie. Jeśli nie, musi wziąć pod uwagę całą politykę dotyczącą opału – kto, kiedy i za ile zgodzi się sprzedać i przywieźć.

Ile kosztuje opał na zimę?

Z tego, co rozeznałam się wśród siebie i znajomych, to tak ok. 1000-1500 zł na dom ok. 60 mkw trzeba liczyć.

To jednak jedna z tych dziedzin, w których inwencją można sporo zaoszczędzić.

Im wcześniej się kupuje, tym może być taniej. Zdolni mogą sobie ściągnąć drewno z lasu, pociąć na szczapki szopę czy coś takiego albo zamówić tanie metrowe kawałki drewna z tartaku lub leśnictwa i samemu porąbać. Opał od okolicznych ludzi z portali z ogłoszeniami lub wprost od sąsiadów bardziej się opłaca niż z dużej firmy w dużym mieście.

Ile metrów drewna potrzeba na zimę?

Jak na dom o wielkości ok. 60 mkw. to u mnie tak od 6 metrów w górę jest już spoko, a jakbym miała z 10 metrów, to bym była królem zimy.

Choć to bardzo zależy od różnych rzeczy, to mogę w ciemno zaryzykować i powiedzieć, że jaki nie byłby dom, to raczej mniej niż 5 metrów to nie ma sensu. Choćby po to, żeby napalić czasem w piecu, żeby rury nie zamarzły albo posiedzieć przy kominku.

Nawet, jak ktoś pali pelletem, ekogroszkiem itp., to pewnie ze 2 metry mu się przydadzą do kominka, żeby mieć coś z życia. Drewno może sobie leżeć nawet do przyszłego sezonu i schnąć (dlaczego – o tym niżej)

Mam znajomego, który ma dom podobny do mojego i twierdzi, że kupuje na zimę 1,5 metra drewna i jest zadowolony, ale osobiście uważam, że jest mu cały czas zimno i sobie tego nie wyobrażam. Mi było momentami ciągle zimno, a miałam więcej drewna 😀

Czy opłaca się mieć centralne ogrzewanie w domu na wsi?

Pewnie, że się opłaca, i większość moich sąsiadów ma. W domku, który ma posłużyć tylko na letnie i sylwestrowe wypady – niekoniecznie.

Co to znaczy ocieplanie, szalowanie?

Gdy patrzycie na drewniany dom z zewnątrz, to prawdopodobnie widzicie szalówkę, a nie ścianę. Szalówka to deska, którą obija się dom z zewnątrz – dzięki temu jest trwalszy i cieplejszy. Jeśli pod szalówkę położy się 10 cm waty ociepleniowej, to już w ogóle jest super – wtedy dom jest ocieplony i… jest w nim ciepło.

Są też różne inne techniki izolacji i ocieplania domu: styropianem, od wewnątrz itp., ale mówię o najpopularniejszym scenariuszu dla domu drewnianego na Podlasiu.

Czy da się przeżyć zimę w nieocieplonym domu na wsi?

Hmm. W książkach i wspomnieniach traficie na wiele wspomnień ludzi, którym się udało, więc na pewno się da. Zależy od stopnia komfortu, jakiego kto potrzebuje.

U mnie są wymienione okna, więc jest pewien stopień izolacji, ale dom jest nieocieplony i zimą i tak bywało ciężkawo, więc optymalnie byłoby jednak go ocieplić.

Czy jeśli w domu jest piec kuchenny, to to wystarczy?

Popularny problem i nie raz widziało się, jak ktoś się na nim przejechał. Ogląda się dom, jest piec, więc jest dobrze, a potem zaczynają się problemy.

Sam widzialny piec niekoniecznie oznacza, że da się w nim palić, ani że takie palenie cokolwiek daje w kontekście ogrzania domu. Sporo zależy też od komina. Raz oglądałam dom, który nie był zły, ale sąsiedzi przypadkiem powiedzieli mi, że parę miesięcy temu zdemontowano w nim piece. Mimo, że widziałam piec kuchenny, to wiedziałam już, że to atrapa bez wnętrza.

Można też tak jak ja mieć piec, w którym nie da się… piec. Ale to problem tylko w kontekście chlebów i ciast.

Zanim się ktoś wprowadzi do domu z takim piecem, dobrze byłoby, gdyby pokazał go komuś, kto się zna. Może to nawet być zdun – może weźmie 200 zł za taką konsultację, ale jeśli dom kosztuje kilkadziesiąt tysięcy, to warto zapłacić. Stawianie pieca od podstaw to droga i skomplikowana zabawa.

Czy komin trzeba czyścić i po co?

Pewnie już się domyślacie, że tak. Jak często? Jak ktoś pali cały rok, to częściej, ale jak pali tylko zimą, to 1-2 razy w roku. To bardzo ważne, żeby się nie zaczadzić, żeby drewno dobrze się paliło i żeby było cieplej. Cośtam można zdziałać samemu, ale warto przynajmniej za pierwszym razem wezwać kominiarza, żeby zobaczyć, co i jak.

Czy wystarczy piec w kuchni?

To częste rozczarowanie. Ktoś kupuje dom z piecem, cieszy się, a zimą zamarza.

Wiele zależy od pieca – są tak zwane ścianówki, czyli piece prawie że na całą ścianę – palisz w jednym miejscu, a ciepło robi się w dwóch pokojach. Są też proste, prymitywne piece kuchenne, które wyglądają fajnie, ale dają ciepło tylko w promieniu dwóch metrów i to jeśli się ciągle dorzuca.

Dlatego nie da się odpowiedzieć na pytanie, cz wystarczy piec w kuchni, żeby nie zamarznąć zimą. Piec + dodatkowe źródło ogrzewania (np. kominek) to już lepiej, choć też nie obiecuję, że będzie wyłącznie różowo zimą (2 stopnie „ciepła” w łazience to coś, co trzeba wziąć pod uwagę).

Jak się można dogrzewać?

Jest wiele różnych sposobów, jak takie stojące grzejniki olejowe lub podłączane do prądu. Są też lekkie i przenośne dmuchawy – zimą takiej używałam, jak chciałam umyć włosy i nie dostać od razu potem zapalenia płuc. Wiele w moim życiu zmieniło się też na lepsze od czasu, jak dostałam od taty koc elektryczny. Są też jakieś wtyki do kontaktu, które podobno kosztują 70 zł i ogrzewają łazienkę na czas kąpieli, ale nie do końca chce mi się w to wierzyć, bo kto by wtedy używał czegokolwiek innego?

Przed wybraniem metody dogrzewania się warto przemyśleć realia – np. przy słabej instalacji elektrycznej można zapomnieć o odpalonym non stop grzejniku elektrycznym o mocy 2000 W, a mając zwierzęta i dzieci lepiej zrezygnować z niektórych grzejników promiennikowych, które opierają się na wrzących grzałkach będących na wierzchu, o które łatwo można zahaczyć.

Na co trzeba uważać, mając piec lub kominek?

Warto kupić sobie za ok. 100 złotych czujnik czadu i dymu, żeby się – jak mawia mój były pan od komina – nie zaczaderować.

Gdzie trzymać drewno na zimę?

Na początku może brakować wyobraźni, żeby wiedzieć, ile miejsca zajmuje drewno. Podpowiem więc: trzeba mieć na nie nie miejsce i to sporo.

Potrzebna jest szopa (na tyle blisko, żeby branie z niej drewna parę razy dziennie zimą było realistycznie) lub miejsce na tarasie czy wzdłuż ściany domu. Warto o to zadbać z wyprzedzeniem. W najgorszym razie drewno można trzymać na zewnątrz, ale ja bym je położyła na deskach i przykryła jakąś plandeką, bo inaczej to już w ogóle lipa.

Co to znaczy ‚suche drewno’?

Jak innym laikom wydawało mi się, że suche drewno to znaczy nie-mokre, tzn nie zmoczone przez np. deszcz. Otóż nie – świeże drewno jest wilgotne – przyłóżcie je do policzka, a się przekonacie. Po odleżeniu drewno wysycha. Wtedy lepiej się pali i daje więcej energii, a jeśli przyłożycie je do policzka, to będzie dawało wrażenie takie, jak przyłożenie policzka do drewnianego stołu lub szafy – suche.

Warto wiedzieć, zanim się zaplanuje, kiedy jakie drewno kupić, że np. dąb może schnąć nawet 2 lata, a brzoza – 3 miesiące. Świeże drewno powinno być tańsze, bo samemu trzeba je wysuszyć.

Jakim drewnem palić w piecu?

Są różne szkoły i jest to jeden z tematów, o których można długo dyskutować, ale ogólnie wiadomo, że każdy życzyłby sobie jak najwięcej suchego dębu. Są w internecie zestawienia energetyczności i cen drewna. Sosna i świerk mają najgorsze opinie, choć mam sąsiada, który ma sosnowy las, pali tylko sosną i uważa, że ludzie co na sosnę narzekają, to sobie „wymyślają”.

Można palić kawałkami desek itp., ale pamiętając, że próchno spali się szybko i trzeba będzie dokładać, a poza tym warto wcześniej wyjąć gwoździe. Do tego nie w każdym piecu można palić wszystkim, no i trzeba uważać na farbowane i lakierowane drewno (ekologia, ale też zatrucie się toksycznymi oparami i psucie kominka).

Drewno czy węgiel?

Znajomi z miasta pytają mnie, dlaczego nie palę węglem. Sąsiedzi i znajomi z okolicy na Podlasiu nigdy nie zadali mi takiego pytania, więc wydaje mi się, że tu pali się po prostu drewnem. Być może chodzi o czystą logikę – na Śląsku pali się tym co jest pod ręką, tak jak w gminie, która w 70 proc. składa się z lasów.

Z tego co wiem, np. w okolicach Puszczy Białowieskiej jest teren Natura 2000, więc nie wolno palić węglem. Nie wiem, czy naszą okolicę też to dotyczy, czy nie, ale nikt z moich sąsiadów węglem nie pali. Jak ktoś coś więcej wie na ten temat, to niech powie.

Skąd mieć ciepłą wodę w domu na wsi?

Poza centralnym ogrzewaniem, które rozwiązuje ten problem, można mieć jeszcze bojler – trzeba tylko mieć na niego miejsce. Na Podlasiu bardzo popularne są podgrzewacze wody przepływowe. Może siła tak ogrzanego strumienia wody nie powala, ale za to można wyjechać na miesiąc, dzień lub rok, wrócić i z miejsca używać ciepłej wody w dowolnej ilości. Z kronikarskiego obowiązku muszę dodać, że mój pan od remontu łazienki straszy mnie, że to niebezpieczne (woda + prąd…).

Można też mieć kolektory słoneczne do podgrzewania wody, ale jak powiedział ostatnio pan z firmy, która się zajmuje ich produkcją i montażem – już się od tego odchodzi. Więcej na ten temat poniżej.

Kolektory słoneczne i fotowoltaika w domu na wsi

Byłam ostatnio na spotkaniu o dofinansowaniu do fotowoltaiki w mojej gminie. Pan, który zajmuje się sprzedażą kolektorów, przedstawiał to naturalnie w dość jasnych barwach, a mimo to kilka rzeczy przykuło moją uwagę:

Na wstępie wyjaśnię, że fotowoltaika to instalacja do produkcji prądu, a kolektory słoneczne to panele do podgrzewania wody.

  • Z tego co pamiętam, żeby korzystać z tej energii cały rok, a nie tylko wtedy, gdy latem jest słońce, trzeba odsyłać energię do elektrowni i odbierać jesienią czy zimą. Z powrotem można pobrać chyba 80 procent – reszta idzie na pokrycie kosztów tej przysługi. Firma, która montuje panele, mówiła, że po 10 latach gwarantują wydajność na poziomie chyba 90 procent. Czyli łatwo obliczyć, że realnie można wtedy liczyć raczej na ok. 85 tego, co obiecują początkowo. Później – nie wiadomo.

Urok polega na tym, że można sprzedawać nadwyżki prądu do elektrowni – nie ma jednak żadnej gwarancji: za ile i czy w ogóle w perspektywie kilkudziesięciu lat. W jednym z artykułów o fotowoltaice przeczytałam wyliczenie kogoś, kto ma panele:

„Licznik z łączem radiowym wskazał, że od 13 sierpnia do 18 listopada 2015 r. przesłałem do sieci 600 kWh energii elektrycznej. Nie było to dużo, bo staram się kierować wyprodukowany prąd na tzw. samozaopatrzenie. Licząc 1 kWh po 16 gr, powinienem otrzymać w rozliczeniu 96 zł. Nawet taki zarobek się liczy!”

To prawda, że 100 zł na kwartał to jakiś zarobek, ale w zderzeniu z kosztami instalacji, utrzymania, czasem potrzebnym na to wszystko itp. – przyznacie, że nie powalający. Nie wiem, czy nie ma prostszych sposobów, by np. zaoszczędzić 100 zł kwartalnie na prądzie.

W tym samym artykule czytam:

” Licznik i umowa na wyprodukowanie do 4 kW energii elektrycznej działają u mnie od 13 sierpnia 2015 r. Obecne warunki odsprzedaży nadwyżki wyprodukowanej energii są jednak znacznie gorsze, niż te anonsowane na 2016 r.”

W innym artykule autor jest zadowolony ze swoich paneli, ale zaznacza:

Uwaga: istotną rolę gra koszt kapitału. Gdyby inwestycja była realizowana w oparciu o kredyt (na przykład oprocentowany w wysokości 10% rocznie), nie miałaby sensu ekonomicznego – suma wydatków byłaby większa od zysków.

Nie staram się wszystkim obrzydzić paneli. Pan z artykułu sam je montował, kupił je okazyjnie z drugiej ręki i sprawdza codziennie licznik. Słusznie zauważył, że na niedalekiej emeryturze w ten sposób będzie miał sporo darmowej energii i do tego pewien zysk w skali roku.

Twierdzę tylko, że w mojej sytuacji, jak nie chcę zmieniać życia, żeby interesować się swoim licznikiem i nie mam fachowej wiedzy, żeby to montować czy kupować z drugiej ręki sama, a do emerytury daleko, to to się nie opłaca.Ten tekst kieruję do laików, którzy tak jak ja hurraoptymistycznie podeszli do fotowoltaiaki i myślą, że samo się zrobi,  a potem będzie kapało im złoto – tak to nie działa.

Są różni dostawcy i producenci oferujący różne warunki, warianty i ceny, a panowie z takich firm raczej namówią na taki kolektor, żeby dobrze zarobić, a nie koniecznie najbardziej optymalny. Trzeba się tym trochę pointeresować, żeby nie wyjść na tym źle.

  • Z tego co mówił pan na spotkaniu, steruje się tym wszystkim za pomocą aplikacji. Czyli już w ogóle nie można mieć świętego spokoju, tylko swoimi panelami trzeba się zajmować, no i mieć ciągle internet, najlepiej 5G żeby być w stałym kontakcie z elektrownią i licznikiem – no, thank you.
  • Pan na spotkaniu zajmował się też montażem kolektorów słonecznych, ale mówił, żebyśmy w to nie szli, bo od tej technologii już się odchodzi. Dziś już się odchodzi od tej technologii, za którą 10 lat temu ludzie się dawali pokroić – czy nie tak samo będzie z fotowoltaiką za 15 lat? Nie wiemy tego.
  • Panele montuje się, mając w głowie, ile osób mieszka w domu i ile prądu zużywają. Nie jest to więc zbyt wydajne i jedyne źródło prądu przy zmieniającej się liczbie osób. A przecież czy można zagwarantować, że za 10 czy 20 lat liczba mieszkańców nie skoczy z 1 do np. 3 lub 4?
  • Ogólnie domy z fotowoltaiką reklamuje się jako „domy bez rachunków”. Jakoś nie widzę tego trudu w otwarciu raz na parę miesięcy rachunku, w zderzeniu z dbaniem o kolektory, przesyłaniem, odbieraniem itp. energii słonecznej. (Poza tym jakieśtam rachunki i tak się dostaje, jeśli fotowoltaika to tylko dodatek. No i przy sprzedawaniu energii do elektrowni jakieś rozliczenie chyba też się dostaje?)
  • Na panele obowiązuje gwarancja, ale tylko wtedy, gdy dom jest ubezpieczony. Jeśli ktoś ma dach z eternitu lub inne tego typu niespodzianki, to go nie ubezpieczy, więc trzeba jeszcze doliczyć ubezpieczenie przez 10 czy 20 lat i ew. remonty… Poza tym trzeba zainstalować specjalne grzejniki i instalację, żeby ogrzać w ten sposób dom.
  • Ogólnie jeśli 20 lat temu nie było w ogóle mowy o panelach, to jaka jest szansa, że za 20 lat te zamontowane teraz będą w użyciu i opłacalne w porównaniu do alternatyw? To trochę tak, jakby w 1999 podpisać umowę na internet na 20 lat…
  • Obecnie płacę za prąd coś około 600 złotych rocznie. Najtańszy wariant instalacji o mocy 2kW z dofinansowaniem kosztuje 5100-6000 złotych. Czyli jak widać po dziesięciu latach wyjdę na zero. Ale jakim nakładem kosztów i energii?

Przy większym zużyciu wygląda to inaczej, ale pamiętajmy, że przy większym zużyciu instalacja kosztuje już do 10 500 – 12 000 zł. Cały czas mówimy o kosztach z dopłatami. Bez dopłat najtańsza instalacja kosztuje 10 tysięcy, najdroższa 17.

(nie wymyślam tych stawek, mam przed sobą karteczkę którą dostałam na spotkaniu o kolektorach).

Jak już pisałam, nie wiemy, czy po dziesięciu latach w ogóle fotowoltaika będzie się opłacała, czy elektrownie będą odbierały prąd i za ile, ile kosztować będą ulepszenia, konserwacja i naprawy, a także czy mój kolektor w ogóle jeszcze będzie działał. Dodajmy, że musiałabym też ubezpieczyć dom i wymienić dach, ale dach i tak w końcu muszę wymienić, więc powiedzmy, że tego nie liczę. Do tego remonty, serwis, montaż i ogólnie sporo wydatków i zawracania głowy. Myślę, że to jest dla większych rodzin, które zużywają sporo prądu i mocno odczuwają te wydatki.

Wiem, że energia słoneczna brzmi niesamowicie romantycznie i na pewno komuś się to opłaca, ale mi raczej nie.

Reklamy

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. ERRATA pisze:

    Pamiętam zimę u babci, w chatce z jednym piecem. Rano budziłem się z odmrożonym nosem 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s