O harcerstwie

dnia

Dziś rano znikąd wpadła mi do głowy piosenka Lewe loff Kazika. Od razu pomyślałam, że jest to jedna z piosenek uwielbianych przez harcerzy. Inne to:

  • Hiszpańskie dziewczyny (szanta)
  • A po nocy przychodzi dzień… (Budka suflera?)
  • I love you (T Love)
  • Stare Dobre Małżeństwo (nie znam ich piosenek więc trudno mi zacytować)

Trudno złapać, co konkretnie mają one ze sobą wspólnego, ale coś mają.

Zaczęłam przy okazji intenstwnie myśleć o harcerstwie, do którego kiedyś należałam (nie chce tu czepiać się szczegółów, ale OCZYWIŚCIE ZHR).

Ten temat wypływa niekiedy na imprezach i spotkaniach towarzyskich, bo pytanie:”’czy byłeś w harcerstwie?’ często owocuje śmiesznymi historiami (trochę tak jak : czy byłeś na koloniach? Też muszę to kiedyś poruszyć, więc ślijcie ciekawe historie kolonijne!).

e-book dostępny.png

Oto kilka wspomnień z harcerstwa, które słyszałam na przestrzeni lat i w tym momencie sobie przypominam:

  • ktoś poszedł na pierwszą zbiórkę, zrobili im podchody po lesie, zgubił się i błąkał po lasach w powiecie piaseczyńskim, jego spanikowana matka wezwała policję, uratowała go kilka godzin poźniej i już nigdy nie poszedł do harcerstwa.
  • Ktoś miał drużynowego, który przyjechał pewnego dnia na zbiórkę skuterem dostawcy pizzy, powiedział, że znalazł sobie pracę i już więcej nie przyjdzie i odjechał.

Opowieści o drużynowych, którzy rozpijali młodzież, nie zliczę (i głównie były to opowieści dotyczące ZHP… żartuję, to nie ma znaczenia. Żartuję, ma!!!)

boy-1822631_640

Maniacy budzenia w środku nocy

Podsumowanie mojej przygody w harcerstwie zacznę od minusów.

Czasami wspominam harcerstwo i wyłaniają się z mojej pamięci dość dziwne sytuacje. Od razu uspokoję, że nic straszliwego się nie wydarzyło, ale kilka rzeczy wywołuje u mnie z perspektywy czasu zadumę.

Ogólnie wszystko to opiera się na tym, że dziewczynka (gdy mówimy o drużynie harcerek) kilkunastoletnia rozkazuje młodszym dziewczynkom.

I w przypadku mojej drużyny nie zawsze ograniczało się to do uroczej scenki znanej z amerykańskich filmów, gdzie starsza harcerka odpowiedzialnie prowadzi swój zastęp i deleguje im, gdzie mają sprzedawać ciastka (nawiasem mówiąc, nigdy w życiu nie sprzedawałyśmy nikomu ciastek. To jakiś amerykański wymysł).

Rzeczą, której najbardziej nienawidziłam w harcerstwie jako 11- czy 12-latka, było budzenie w środku nocy. Nie myślcie, że wydarzyło się to raz – czasem na trzytygodniowym obozie odbywało się to co kilka dni, czasem dwa razy jednej nocy. Wygląda to mniej więcej tak:

POBUDKA!!! 3 MINUTY NA SPAKOWANIE SIĘ DO PEŁNEGO RYNSZTUNKU I UMUNDUROWANIE! NASTĘPNIE STANĄĆ NA BACZNOŚĆ!

Czasem ktoś miał o tej trzeciej w nocy krzywo chustę lub zrolowaną wywijkę (wywijkę? Tak to się nazywało?), albo się spóźnił o 30 sekund, i musiał z tym plecakiem robić pompki czy przysiady. Jeśli siąpiło czy padał śnieg, to nigdy nie był powód, żeby tego nie robić.

I w tym pełnym rynsztunku o trzeciej się z pompą odliczało i robiło jakieś apele…

Kiedyś dziewczynka, którą zresztą bardzo lubiłam, próbowała mnie obudzić w środku nocy. Kazałam jej spieprzać. Było jej przykro. Wyjaśniłam jej później zgodnie z prawdą, że to nie było nic osobistego; gdyby papież mnie budził, to powiedziałabym to samo, bo   wyrwana ze snu jestem tak nieprzytomna, że przecież nie mam wpływu na to, co mówię. Było jej jeszcze bardziej przykro (chyba o tego papieża).

Kiedyś w czasie warty nocnej jakiejś Justyny, a może po niej, nie jest to jasne, w każdym razie w nocy na wietrze z masztu w obozie spadła flaga Polski (nie był to wielki obóz, tylko biwak kilkunastu osób). Biedne dziecko nie zauważyło na pewno, że flaga spadła, bo w nocy jest ciemno, a rano pierwsza zobaczyła to drużynowa i być może uznała to za jakieś zaniedbanie z jej strony.

Był to jeden z apeli, na których się stało długo na baczność w chłodzie i słuchało od drużynowej kazania o tym, że flaga Polski nie może być w błocie, a ta biedna Justyna musiała chyba szczególnie długo robić na naszych oczach za karę pompki czy przysiady. Każdy stojąc na baczność dziękował w duchu Bogu, że to nie na niego padło, bo paść mogło na każdego. To… z mojej dzisiejszej perspektywy miało taki obozowy smaczek, i nie mówię tu o obozie harcerskim.

Panuje obecnie (może w mojej głowie, ale chyba nie tylko) kult indywidualizmu i każdy jest namawiany do myślenia za siebie i nie poddawania się ślepo rozkazom. Dzisiaj trzeba dyskutować z nauczycielami i jasno stawiać swoje granice nawet, jak się ma dziesięć lat.

To właśnie jest dla mnie lekko niekomfortowe, gdy stają mi przed oczami takie wspomnienia z harcerstwa, bo opierało się to raczej na ślepym posłuszeństwie wobec nieco tylko starszej dziewczynki, która nie jest przecież pedagogiem ani psychologiem i może mieć własne zwichrowania.

Ogólnie musztrowanie dzieci… w harcerstwie dużo się mówiło o Powstaniu Warszawskim i byłyśmy doskonale poinformowane, że żołnierze mieli wtedy czasem 14 czy 16 lat, czyli właściwie tyle co my. Mimo wszystko musztrowanie 11-letnich dzieci po nocy w 60 lat po wojnie, bo może wybuchnąć inna wojna i trzeba być przygotowanym (bo po co innego?) wydaje mi się nieco ponure.

Znając swoją historię wstawania w liceum o 14:00 i unikania jak ognia obowiązków i szkoły, jestem pod wrażeniem, że latem decydowałam się na obozy harcerskie, gdzie przez 3 tygodnie wstawało się wcześnie rano i było zawsze ryzyko nocnej pobudki. Nikt mnie do tego nie zmuszał.

Przejdźmy do plusów

adventure-1807495_640.jpg

Po tym, co napisałam, może wam się wydać, że wspominam harcerstwo jako piekło. Co ciekawe – nie. Tak jak niektóre rzeczy z perspektywy mnie frapują, tak inne po czasie bardzo szanuję.

Zacznijmy od składu mojej drużyny. Była w niej córka miejscowego dozorcy, jak również córka wiceministra. Panowała między nami zgoda i bardzo się lubiłyśmy.

Organizowałyśmy różne zbiórki funduszy, albo np. od 8:00 do 20:00 w weekendy pracowało się w Carrefourze przy pakowaniu zakupów, żeby, jak to określano, „biedniejsze dzieci też mogły pozwolić sobie na obóz”, i nigdy nikomu przez myśl nie przeszło, żeby powiedzieć wprost, że chodziło o konkretną najbiedniejszą dziewczynkę w naszej drużynie.

Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, że to wszystko wcale nie jest tak oczywiste w wielu społecznościach nie tylko dzieci, ale i dorosłych.

Moją zastępową byłacórka muzyka słynnego zespołu alternatywnego i miałyśmy wszystkie na jej punkcie świra. Była jedną z najśmieszniejszych osób, jakie znam.

W ogóle harcerstwo (przynajmniej takie jakie ja znam) to najlepszy balans między koedukacją a segregacją. Na co dzień przebywa się w „dziewczyńskiej”, jakbyśmy teraz powiedzieli, grupie, w której młodsze dziewczynki mogą uczyć się od starszych, a starsze troszczą się o młodsze.

Z tego co kojarzę, to są jeszcze zuchy dla młodszych dzieci i wędrowniczki dla starszych (jak ja marzyłam, żeby zostać wędrowniczką!)

Z drugiej strony (nie pamiętam już technikaliów więc znów – nie łapcie mnie za słówka techniczne) drużyna jest w szczepie (chyba też żeńskim), ale już szczep w hufcu, a na hufiec składają się też męskie drużyny. Na obozy czy większe wyjazdy jeździ się razem. Są i zawody  czy zloty tylko dla harcerek (z horągwi? już nic nie pamiętam, ale może właśnie z horągwi która skupia szczepy), i koedukacyjne dla wszystkich. To daje bezpieczeństwo wśród swoich na co dzień, i możliwość interakcji z innymi i uczenia się od siebie.

Harcerki miały nawet własne pismo, gdzie były bardzo ciekawe artykuły – niektóre ogólne, inne o tym, co zainteresuje tylko harcerki. Być może już wiecie co myślę o pisaniu i pismach, więc nie zdziwi Was, jak napiszę, że byłam maniakiem tego pisma.

Jest coś jeszcze.

Parę razy w późniejszym życiu spotkałam kogoś, kto jeśli nie przyjechała zamówiona taksówka – był bezradny i wszystko mu się waliło.

Rzadko, ale zdarzają się czasem dalekie koleżanki, które nie radzą sobie z niczym od zagadania do osoby na ulicy, po znalezienie właściwego tramwaju (choć to też da się przezwyciężyć – znałam kogoś, kto bał się wszystkiego od jeżdżenia autostopem poczynając, po zarazki i ludzi. Jakiś czas później ni z gruszki ni z pietruszki pojechał sam do Ameryki Południowej, a ostatnio jak od niego słyszałam, to mieszkał pod namiotem w Meksyku i świetnie sobie radził).

Nie przypominam sobie w ogóle, żebyśmy przez trzy tygodnie szczególnie mieli ze sobą komórki na obozach i nie jestem pewna, czy dzisiejsi rodzice by to znieśli.

W harcerstwie na porządku dziennym były rajdy, w których 12-letnie dziewczynki pod wodzą 15-letniej dziewczynki szły na 3 dni do lasu. Nie mówię tu o Lasku Bielańskim, tylko o lesie gdzieś na Mazurach. Dawano nam worki na śmieci (od deszczu), chleb, cukierki i zapałki. Jak widać, żyję. Czasem budowałyśmy sobie z gałęzi i worków na śmieci szałasy w lesie, czasem ktoś nas przygarniał w stodole. Nic nie było niemożliwe i to przy absolutnym minimum środków.

Raz podczas takiej wycieczki nocowałyśmy w szkole wiejskiej (jedna klasa; drewniane podłogi, starożytne ławki) imienia mazurskiego poety naiwnego, który z tej wioski pochodził. Obok szkoły mieszkał hipis który przyszedł do nas i grał nam na didgeridoo.

Warto tu dodać, że nic strasznego nigdy się nie stało, a taka świadomość zdobyta na początku życia to cenny kapitał. Ludzie na wsi do których pukałyśmy na ogół byli do nas nastawieni bardzo przychylnie, ale też nie wpieprzali się w nasze sprawy i nie miałyśmy żadnych nieprzyjemnych przygód.

Teraz sporo się mówi o różnych zajęciach specjalnie dla dziewczyn, które rzekomo wcześniej uczono tylko siadania grzecznie ze złożonymi rękami, a teraz dopiero mogą się nauczyć, jak zbudować szałas i wspiąć się na drzewo. No – nie. Zapraszam do harcerstwa.

Umiałyśmy szyć sobie stroje, nadawać alfabetem Morsa, tropić ślady, odbywać w nocy warty w lesie i organizować zbiórki pieniędzy czy zabawy w Domu Dziecka. (są  też chyba drużyny żeglarskie czy konne, w których zakres umiejętności jest odpowiednio większy).

W ramach sprawności czy stopni każdy mógł też rozwijać swoje własne zdolności i stawiać wyzwania, a czasem trzeba było zdobyć umiejętność spoza swojego repertuaru, co poszerzało horyzonty.

Bardzo dobrze wspominam tzw. Puszczańskie Harce. Nie jestem ekspertem i pamiętam to jak przez mgłę, więc nie czepiajcie się szczegółów, mówię jak to pamiętam: gdzieś w Puszczy Kozienickiej obóz rozkładały setki osób z różnych drużyn. Rano każdy zastęp dostawał mapę Puszczy i okolic, na której było zaznaczone kilkadziesiąt punktów.

Wygrywał chyba ten, kto zaliczył jak najwięcej. Na punktach były zadania, od takich typu żeby rozpalić ognisko, przez jakieś parki linowe, po druidów którzy wychodzili nagle zza drzewa czy mieszkali na wyspie i zadawali zagadki.

Czasem coś było ukryte lub coś trzeba było zbudować czy załatwić (np. znajdź w wiosce kogośtam. Kiedyś moim zadaniem w Krynicy Górskiej było: naucz się piosenki Jana Kiepury. Nie było wtedy internetu i nie miałam telefonu. Poszłam do domu kultury, dostałam salę, kasetę i magnetofon i do dziś pamiętam tą piękną piosenkę).

Zdarzało się, że podczas Puszczańskich Harców piło się wodę z leśnego bajora, bo nie było nic innego, ale ogólnie wspominam to bardzo dobrze, szczególnie że jak już mówiłam moja zastępowa była niezwykle pozytywną i dowcipną osobą.

Jedno, czego mnie nie nauczono, i to jest dość zaskakujące, bo jest to pierwsza rzecz, która kojarzy się z harcerstwem, to rozpalanie ogniska. Boleśnie to odczułam po kupnie domu, gdy okazało się, że nie umiem rozpalać w piecu, ale od tego czasu się nauczyłam i rozpalam już świetne ogniska.

Przypominam sobie czasem latryny, nocne apele albo rajdy gdzie dzieci idą do lasu i muszą przeżyć, i wydaje mi się to niebezpieczne i niedzisiejsze. Ale z drugiej strony nie wiem, czy czegokolwiek byśmy się nauczyli, gdyby nas wiecznie asekurowano i traktowano jak dzieci. Może nie.

Czasami myślę o tym, że swoje dziecko bym nauczyła, że trzeba odmawiać głośno i reagować, jak ktoś zmusza do czegoś, czego się nie chce robić, i że przez to pewnie nie zdzierżyłoby harcerstwa z budzeniem po nocy i stawaniem na baczność. Innym razem myślę, że przez to wyrosłoby na rozpuszczonego palanta, który nie umie sobie zawiązać buta, więc nie zdecydowałam jeszcze na 100 procent.

Byłam bardzo zaangażowaną harcerką nawet wtedy, gdy przeprowadziliśmy się na drugi koniec miasta i trzeba było dojeżdżać na zbiórki półtorej godziny. W gimnazjum poszłam do szkoły pod samiutkim blokiem, gdzie też była drużyna (i to ZHR co jak już wiecie ma NIEBAGATELNE znaczenie).

Zapisałam się do niej, żeby nie dojeżdżać. Drużynową była jakaś Gosia, która ani mnie ziębiła, ani grzała. W drużynie było z pięć osób, albo może nikomu więcej się nie chciało przychodzić. Z czasem coraz rzadziej przychodziłam na zbiórki, aż w końcu mi się odechciało.

4 komentarze Dodaj własny

  1. Caffe pisze:

    Oj, ja też kiedyś byłam harcerką, zdobywałam stopnie, pamiętam, że musiałam kogoś tropić tak, by się nie zorientował:) Super czasy. Dziękuję, że mi je przypomniałaś!:-)

    Polubione przez 1 osoba

  2. amicidebici pisze:

    Ja też byłam w harcerstwie (w ZHP! :P) ale dość krótko i moja historia harcerstwa to była raczej część z minusów. Porzuciłam harcerstwo, gdy na obozie nie dostałam krzyża a tak się starałam! 😦

    Polubienie

    1. udajesie pisze:

      Haha pocieszę Cię – jak się taaaak starałam latami i w końcu dostałam to tak z pół roku później już byłam za stara na to i mi się odechciało;p

      Polubienie

  3. hym4444 pisze:

    Nie bylem. Zawsze chcialem. A Leve Leve love – kultu (czy tam Kazika) wczoraj sobie gralem:)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s