Czy strony do zarabiania na pisaniu mają sens?

Nie, ale od razu zaznaczę, że są pewne rzadkie wyjątki, o których trzeba wspomnieć. Niektóre z tych serwisów znam od dawna i czasami z nich korzystam, inne wypróbowałam i mi się nie spodobały. Kiedyś już zahaczyłam o ten temat w poście o okropnych ofertach pracy, ale potraktowałam go wtedy powierzchownie i nie o wszystkim wspomniałam. Strony te opierają się na różnych zasadach, choć niektóre są do siebie podobne.

Jakie są do wyboru strony do zarabiania na pisaniu dla copywriterów (i nie tylko)?

Goodcontent

dfs.JPG

To portal, na którym można wybrać sobie tekst z listy. Ma się na jego napisanie parę godzin. Po akceptacji pieniądze wędrują na konto w panelu, a po uzbieraniu stu złotych można je wypłacić. Zanim napiszę o wszystkich minusach tego systemu, dodam że tak raz na parę lat, gdy akurat wszystkie przelewy się spóźniają, a za tydzień są Święta, to za każdym razem dziękuję bogu za tą wspaniałą stronę. Jak już jest się zapisanym, co nie jest trudne, to nikt nie zabroni pisać kiedy się tylko chce.

System oceny w Goodcontent

W tym roku po ok. 1,5-rocznej przerwie znowu weszłam tam przed Świętami, zarobiłam 200 złotych i uciekłam. To znaczy nie, nie od razu uciekłam. Najpierw znalazłam tam informację, że jak się ma mniej niż 5 proc. odrzuconych tekstów, to się awansuje do lepszej kategorii copywriterów i można zarabiać na pisaniu lepiej płatnych tekstów. O ile lepiej? Od 8 złotych za 1000 znaków. Od razu uspokoję: 8 złotych brutto, co po odjęciu prowizji daje jakieś 4 złote.

Miałam jakieś 3 stare odrzucone teksty, więc żeby dobić do mniej niż 5 proc. odrzuconych, musiałam naprodukować kilkanaście nowych. W międzyczasie jeden został odrzucony z niewiadomych względów, więc musiałam ich napisać jeszcze z 10! Po tym wszystkim okazało się, że tekstów za „więcej niż 8 zł za 1000 znaków” jest…. 5. Przykładowo obecnie najwyższa stawka to 16 zł (czyli 8), a takich tekstów są trzy do wyboru. Z czego dwa o częściach samochodowych, na których się nie znam. Co powstrzymuje przed rezerwowaniem zleceń to fakt, że gdy już się jest w tej lepszej kategorii i poznało się smak znienacka odrzuconego tekstu, człowiek się robi bardzo ostrożny.

Stawki w Goodcontent.pl

 Stawki nie są mocną stroną tego serwisu, ale niektóre to już przegięcie.

  • Czasem w opisie zlecenia jest napisane, że tekst ma być dobrej jakości… mieć 4000 znaków…takie i inne słowa kluczowe…a stawka to np. 10 złotych.
  • Czasem stawka jest tak niska, że na czytanie jakiegokolwiek briefu dłuższego niż 1 zdanie szkoda czasu. Ogólnie jak za tekst mozna dostać złotówkę, to czasem szkoda czasu nawet na otwarcie pliku z zadaniem czy linku do strony z przedmiotami, które trzeba opisać. Za długo to zajmuje.
  • Czasem stawka jest do przyjęcia, ale jeśli mam jakiekolwiek wątpliwości przy czytaniu briefu, to nie piszę, bo nie mogę sobie pozwolić na kolejne odrzucenie tekstu.

Jest pewien system umożliwiający poprawę artykułu, ale copywriter nie ma tam nic do gadania – może poprawić jak mu każą lub nie poprawić i dostać negatywną ocenę. Pisała już o tym kiedyś Joanna Szymańska. Nie zawsze wiadomo, co trzeba poprawić, a nie bardzo się opłaca domyślać. Czasem tekst jest odczucony i nie można poprawiać (nie dostaje się też informacji o tym, co było źle, więc jedyne, co można zrobić, to jak ognia unikać tego zleceniodawcy)

Można by pomyśleć, że gdy stawka to 3 złote, to wypada napisać z zamkniętymi oczami taki sobie tekst. Ale przecież jeśli zostanie odrzucony, to copywriter tylko na siebie samego sprowadza problemy. Lepiej już w ogóle nie zaczynać, gdy się nie jest w stu procentach przekonanym.

Efekt jest taki, że poza tym jednym randomowym zrywem raz na parę lat, praktycznie nierealne jest usiąść rano i spędzić cały dzień na zarabianiu na pisaniu na tej stronie. Raz na długi czas może nagle pojawić się nie najgorzej płatne zlecenie na fascynujący dla copywritera temat (opisy książek, produktów ekologicznych), ale może się też nie pojawić albo szybko zniknąć. Pisanie za złotówkę na czas opisów chwilówek w strachu, że tekst zostanie odrzucony, to jest chyba dla większości osób które znam zbyt duża dawka wrażeń do udźwignięcia.

Goodcontent – zalety

Chciałabym jednak zaznaczyć, że w czasach kryzysu Goodcontent to cudowny wręcz portal. Ale każdemu życzę, żeby takie kryzysy się mu nie zdarzały i żeby zarabiał więcej, niż mi się zdarzało zarabiać na tej stronie. Łącznie byłam tam trzy razy.

10heads

10heads.JPG

To jest chyba coś podobnego do Goodcontent. Próbowałam się tam kiedyś zapisać, nigdy nie udało mi się z jakiegoś powodu zalogować, wysłałam maila, nikt mi nie pomógł, więc nie wiem, jak tam jest. Z obiegowych opinii słyszałam, że tu są gorzej płatne zlecenia niż na Goodcontent, więc nie chcę wiedzieć więcej 😀

Giełdatekstów.pl

Jakiś czas temu miałam taki zryw, że czytałam jakieś blogi dla copywriterów i chciałam zrobić wszystko co tam mówią, bo mi się wydawało to takie fajne. No i na jednym było np. napisane, że jak się ma jakieś stare teksty „w szufladzie”, to można je tu wystawić i sprzedać i się wzbogacić bez żadnego wysiłku. Wow!

Jak Giełdatekstów.pl działa w praktyce?

Nie jest to piękna ani szybko działająca strona. Dodaje się tam tekst, kategorię i cenę. Można dodać nie tylko proste teksty, ale też artykuły specjalistyczne czy wpisy na blogi firmowe. Po kilku dodanych pozycjach weszłam do działu ze statystykami i okazało się, że największe wzięcie mają tam teksty za 1-2 złote za 1000 znaków, a takie powyżej 5 złotych się praktycznie nigdy nie sprzedają. Jeszcze z tego co pamiętam od tego się odejmuje jakiś podatek czy prowizję. Czyli uściślając, przykładowo masz w szufladzie stary artykuł o wartości odżywczej sushi (zmyślam) na jedną stronę, za który dostajesz… 5 złotych. Albo raport na 7 tysięcy znaków, za który dostajesz 8 złotych. Dodałam te teksty parę tygodni temu i nic się nie wydarzyło, więc to jest chyba jedna z tych stron… Gdyby ktoś kupił te moje biedne teksty, to wyobrażam sobie, że za miesiąc dostałabym 3 złote, a za dwa miesiące 4, i tak po siedmiu latach uskładałabym 75 złotych potrzebnych do wypłaty. Jedyny przypadek, w którym wyobrażam sobie, że to by mogło się chociaż troszeczkę opłacać, to gdyby ktoś miał z jakiegoś powodu paczkę 300 tekstów na jakiś temat. I tak by się nie wzbogacił, ale te 300 złotych może by zarobił. Chyba, że musiałby każdy tekst dodawać osobno, to nie.

Tu jest szkopuł: zanim zdecydujesz, które teksty chcesz dodać, musisz je przejrzeć. Następnie wstawić na stronę, wybrać kategorie, wycenić. Znów ten sam problem: przy tekstach za 1 zł szkoda pięciu minut poświęconych na ten proces. Ogólnie – bez sensu.

Dodam, że podobno Giełdatekstów służy też do pisania na zamówienie jak Goodcontent, ale nie sprawdzałam.

UPDATE: lekko odszczekuję, bo po „jedynych” dwóch miesiącach udało mi się zarobić tam 90 zł. Co jest już jakimś wynikiem.

Textbookers

Nie rejestrowałam się tam, bo najpierw zajrzałam do cennika dla zamawiających:

Przechwytywaniesrg.JPG

System punktowy jest też na Giełdzietekstów; strony wyglądają też podobnie, więc nie wiem, czy to jakieś wspólne przedsięwzięcie? Ogólnie 1 punkt to coś koło 1 złotówki (pewnie trzeba jeszcze odjąć prowizję itp.), więc nie wiem, po co ten system punktowy. Jak widać, stawki są takie, jakie są, więc nie wchodziłam.

Useme

useme-logo-og.png

Useme to strona z tego zestawienia, której nie uważam za okropną.

O co chodzi w Useme?

  1. Po pierwsze, pozwala wystawiać fakturę osobom nieposiadającym firmy. Pobiera wprawdzie prowizję, ale i tak jest to na tyle proste i szybkie rozwiązanie, że warto. Umowy nie znikają później i można się od razu rozliczyć przez serwis i wysłać upomnienie, więc łatwo mieć porządek w papierach.
  2. Poza tym ma też coś w rodzaju prywatnego ubezpieczenia dla freelancerów. Przydatne.
  3. Po trzecie to giełda zleceń.

Dlaczego Useme, mimo że jest giełdą zleceń, które kojarzą się jak najgorzej, nie jest obrzydliwe ani upokarzające? Już tłumaczę.

Oferty są niewidoczne dla nikogo poza zleceniodawcą, więc nie jest to ślepy wyścig o to, kto napisze więcej znaków za 50 groszy. Poza tym zleceniodawcy często oczekują nie tylko jak najniższej ceny (albo w ogóle nie o to im chodzi), tylko szukają kogoś idealnego do danego zlecenia. Można tam zaprezentować swoje portfolio i złożyć konkretną propozycję do tej określonej oferty. Dlaczego nie jest to straszne?

Useme sprawia bardziej ludzkie wrażenie niż inne portale tego typu. Czasem stawki podawane przeze mnie czy w ogłoszeniu okazywały się elastyczne i szło się dogadać, tak żeby współpraca była miła. Niektórzy zleceniodawcy wchodzą tam, żeby znaleźć kogoś do dłuższej współpracy.

Raz złożyłam ofertę na jakieś ogłoszenie i o tym zapomniałam. Parę miesięcy później napisała do mnie kobieta, która była bardzo zainteresowana współpracą. Okazało się, że jej mąż ma w piśmie polonijnym na drugim końcu świata rubrykę poradniczą, ale nie zawsze ma czas pisać. Ja pisałam wiele, wiele lat dla jednego pisma dla Polaków w Anglii, miałam epizod w portalu dla Polaków w Niemczech i pisałam nawet kiedyś do gazety, która nosiła tytuł „Praca i życie za granicą”. Nie było więc lepszego kandydata do tej pracy ode mnie. Piszę dla tych ludzi do dziś i bardzo się lubimy,  a to zlecenie jest fascynujące. Te parę miesięcy wcześniej pani szukała kogoś do jednorazowej pracy, a później przypomniała sobie o mnie i się odezwała.

Można więc potraktować to jako darmowe miejsce reklamowe dla swoich usług, odpisywać na ogłoszenia, które są dla nas perfekcyjne i w ten sposób znajdować klientów. Inne z tych portali każą pisać anonimowo, więc w sumie wszystko jedno; tu można przy okazji się pokazać, nawiązać ciekawe kontakty, szukać fajnych zleceń. Czasem wchodzę z ciekawości, żeby nic naprawdę fajnego mnie nie ominęło.

To też dobre dla osób zaczynających i nie wiedzących, ile się powinno chcieć za tekst. Mogą złożyć ofertę i sprawdzić, czy taka stawka jest do przyjęcia czy nie, a nikt tego nie zobaczy.

Oferia

Słynna Oferia to pozornie coś bardzo podobnego do Useme. Pozornie. Byłam tam raz z 10 lat temu i teraz na potrzeby tego podsumowania i widzę, że nic się nie zmieniło. Gdy na Oferii ktoś pisze, że szuka osoby do pisania tekstów na stronę, to pod spodem widoczne są wszystkie odpowiedzi na to ogłoszenie. Z cenami. To sprawia, że nie odpowiesz, bo widzisz już, że ktoś inny zaproponował właśnie 1,5 zł. Albo 10 osób zaproponowało już 1,5 zł. Jeśli bardzo ci zależy, przełykasz dumę i piszesz: 1, 40 zł.

Mało tego: szczegółowe oferty, jak i imiona i nazwiska wszystkich są widoczne, więc nikt nie pisze nic zbyt ciekawego o sobie i nie składa za fajnej oferty, bo po co dzielić się tym pomysłem z tablicą pełną wygłodniałych freelancerów. Żeby oglądać te oferty złożone na ogłoszenia nawet nie trzeba być zalogowanym! Jeśłi ludzie podają tam swoje prawdziwe imiona i nazwiska, to jest to prosty sposób, by szybko i skutecznie zdumpingować własne stawki.

Czekam na moment, o ile jeszcze nie nastąpił, gdy najbardziej zdesperowany copywriter zaproponuje na Oferii grosz za 1000 znaków, ktoś go przebije i napisze 0 groszy, a następna osoba dorzuci +1 grosz. Znaczy się, że dopłaci grosik za możliwość napisania precla. Do tego to zmierza.

Podsumowując, moim zdaniem strony do zarabiania na pisaniu w internecie nie mają sensu. Goodcontent warto mieć w pamięci na wypadek gorszych czasów, których wam nie życzę! Useme dobrze od czasu do czasu odwiedzać nie tylko ze względu na samą giełdę ofert pracy. Resztę… zostawmy już w spokoju.

A które strony z ofertami są dla was najbardziej znośne? Bądźcie koleżeńscy, powiedzcie!

Szukasz więcej porad i inspiracji na temat tego, jak zacząć i z gracją prowadzić karierę freelancera? Koniecznie daj znać.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s