Pierwsze wrażenia na Podlasiu

Jak tylko się wprowadziłam do domu na Podlasiu, znajomi mówili, że powinnam zapisywać, bo wszystko teraz jest dla mnie nowe i  dziwne, a potem zapomnę i nie da się tego później odtworzyć. Na szczęście coś tam pozapisywałam, dzięki czemu mam dziś wgląd w tamten nastrój i obawy. Zapraszam:

Może zacznę od tego, skąd mi przyszło do głowy kupować nagle dom na Podlasiu. Dwa lata temu wymyśliłam sobie, że skoro przez pewien splot okoliczności mam możliwość pojechać do Szwecji, to pojadę, uwiję gniazdko, znajdę pracę, będę bogata itp. W Szwecji w końcu wszyscy są szczęśliwi i bogaci, więc co mi szkodzi, prawda?

Szwecja dla mnie okazała się całkowitą porażką. Zimą po półtora roku zaczęłam w końcu cudem znalezioną nudną i przygnębiającą pracę.

W Polsce na Wigilii u znajomych spotkałam Natalię. Powiedziała, że też pracowała w Szwecji, w Uppsali, co zawsze było moim najśmielszym marzeniem, bo w porównaniu z moją dziurą to wielkie miasto z olbrzymimi możliwościami.

-I co? – zapytałam.

-Po dwóch miesiącach uciekłam, już tam nie mogłam wytrzymać, wyszłam z domu i uciekłam.

-I co teraz robisz?

-A, mieszkam na Podlasiu, w Michałowie. Uppsala to i tak jest takie Michałowo, więc… – i nie musiała dodawać, że jak się ma do wyboru mieszkać w Michałowie lub w Uppsali, to już lepiej w Michałowie.

Pomyślałam wtedy, że jest światełko w tunelu, bo domy w Michałowie są dużo tańsze niż mieszkania w Warszawie.

W mojej głowie to wyglądało tak: miesiące pracy i szukania odpowiedniej działki zwieńczy kupno domu, a potem będzie już z górki. O mojej naiwności może świadczyć fakt, że wydawało mi się, że dosłownie pierwszego dnia po przyjeździe do mojego nowego domu posprzątam, drugiego zacznę wieszać obrazki, a trzeciego będę sobie już siedzieć i sadzić kwiatki… Na razie minęły trzy tygodnie i całe dnie jest coś do zrobienia, a praca się właściwie nigdy nie kończy. Odpowiedzialność za dom jest też większa, niż za mieszkanie w bloku. Momentami świadomość konsekwencji problemów ze stropem, dachem, fundamentami, szczurami, piecem czy instalacją elektryczną mnie przygniata. Dodam też, że zawsze (poza Szwecją oczywiście) wiodło mi się dość dobrze, a dziś po paru tygodniach od kupna domu mam 66 złotych i listę wydatków rozpisaną co najmniej do wiosny 2020. Każdy, kto ma dom, lojalnie o tym ostrzegał, ale zawsze wydawało mi się, że tak tylko straszą….Zamiast jednak opowiadać o sprzątaniu, remoncie i połamanych paznokciach, chciałabym poruszyć temat szoku kulturowego.

IMG_3954.JPG

Zacznę od sytuacji, gdy sąsiad zapytał, czy mi skosić łąkę. Jakoś nalegał i choć nie miałam na to szczególnej ochoty, bo łąka mi się podobała, to postanowiłam przeboleć ten wydatek na rzecz kontaktów dobrosąsiedzkich. Bo ile może kosztować koszenie łąki? 50 zł? 300… ? No chyba nie więcej. Powiedział, że rozliczymy się później. Później okazało się, że to on mi chciał zapłacić za to, że będzie w upale, przez wiele dni, kosił mi łąkę! Jak wyjaśnił, siano było mu potrzebne „dla bydlaka”. W pierwszej chwili zapytałam zaskoczona, dla jakiego bydlaka i o kim się tak niepochlebnie wyraża, aż zrozumiałam, że potrzebuje siana nie dla jakiegoś podłego bydlaka w naszym miejskim rozumieniu, ale dla faktycznego bydlaka, którego posiada poza jałówką i cielakiem. Sąsiad zapytał też, o której wstaję, to rano przyjdzie i dokończy koszenie. Wiem, że ludzie na wsi wstają dość wcześnie, a ja potrafię i o dziewiątej lub później, więc żeby go nie zszokować, powiedziałam, że o ósmej.

-A… to nie. Bo myślałem, że przyjdę przed pracą – o czwartej trzydzieści… – odpowiedział zaskoczony.

Pewnego razu o dziesiątej rano jedliśmy ze znajomymi śniadanie u mnie na tarasie, gdy sąsiad zaczął jakąś hurgoczącą maszyną kosić to, czego nie dokosił wcześniej. Moja znajoma powiedziała, że na moim miejscu zrobiłaby mu awanturę i kazała sobie pójść. Poszłam do niego, żeby delikatnie podpytać, dlaczego jest na mojej działce. Powiedział z szerokim uśmiechem, że dokasza, żeby było ładnie, a siano weźmie „dla krówków”… Jak mogłabym mu zrobić awanturę? Niech sobie kosi…

Drugim zaskoczeniem było to, że na razie jestem obsypywana ogórkami, gruszkami czy cukinią. Ludzie bardzo mi we wszystkim pomagają i wszystko chętnie pożyczają. Kupuję tylko jajka. Nie wiem jeszcze, dlaczego wszyscy mają zawsze do rozdania po pięć litrów mleka, ale może to ma jakiś związek z tymi unijnymi limitami? Poza jajkami nikt nie chce pieniędzy za nic i się nawet oburzają, jak proponuję. Mówiłam sąsiadce, że zamiast w sklepie, mogłabym kupować warzywa u niej, to odpowiedziała zdezorientowana, że jak to kupić? Przecież rosną.

Najbardziej jednak zdziwiło mnie, jak wiele się dzieje i jak bardzo moi sąsiedzi są obecni w moim życiu. Jestem raczej samotnikiem z natury, więc cieszyłam się, że moja działka z jednej strony przylega do pola, a z drugiej mieszka tylko jeden gospodarz. Kolega, który naprawiał mi rury, wyjaśnił mi: sąsiedzi są ciebie ciekawi i mogą albo udawać, że nie są, albo po prostu zapytać.

Moi wybrali tą drugą metodę. Pamiętam, gdy pierwszego dnia między mną a panią Wierą i panią Anią wywiązała się taka rozmowa:

-Pani jest panienka czy mężatka? – zapytała pani Wiera.

-Eee… Panienka.

-Boże! Jak ja pani współczuję! – odpowiedziała, dosłownie załamując ręce ku niebu, Wiera.

-Wiera, słuchaj, a może ona się nada dla twojego syna co jest kawalerem? – zapytała Ania.

-Boże! Tak! Może to bóg zesłał!! – krzyknęła Wiera, już na skraju łez.

Na szczęście parę lat spędziłam wcześniej w Indiach, gdzie też każdy w autobusie pyta bez skrępowania o zawód, liczbę dzieci i zarobki rodziców, więc zdążyłam się przyzwyczaić. Inaczej bym się chyba obraziła.

Jeszcze w Szwecji bliscy mówili : ale ty tam będziesz wyła z nudów do księżyca na tym Podlasiu. Z jednej strony mnie to śmieszyło, bo nikomu nie przeszkadzało, jak wyłam w Szwecji, ale z drugiej bałam się, że może mają rację. No cóż, na razie zdarza się, że jestem wielokrotnie w ciągu dnia wywoływana do płotu od frontu, od strony pola i od sąsiada (PANI SONIA!!). Czasem jak na mojej działce przewijają się sąsiedzi, hydraulicy, panowie od komina i ich teściowie, kury, bociany, myszy, koty, psy, konie i krowy, czuję się jak w wesołym miasteczku, a znajomi mówią, że mogę otwierać cyrk. Właśnie, znajomi – są teraz tak łasi na weekend na Podlasiu, jak ja byłam zawsze na zaproszenie na działkę, gdy sama nie miałam własnej, także nie narzekam za bardzo na samotność.

Tu dodam o kolejnym szoku kulturowym: pan od komina czy hydraulik nie przychodzi jak w Warszawie żeby zrobić swoje, tylko zdarza się, że trzeba mu zaoferować kawę i ciastka, a potem z nim siedzieć i gadać. Inna różnica dotyczy punktualności, której w poprzednim życiu standardowo oczekiwałam. Tu hydraulik zapytał mnie raz, o której ma przyjść. Powiedziałam że rano. Miał być o dziewiątej. Dałam mu mój numer na wszelki wypadek. Przyszedł o szesnastej, a jak zwróciłam mu uwagę, że myślałam, że już o mnie zapomniał, odpowiedział z rozbrajającym uśmiechem:

-A, bo jednemu facetowi się kombajn popsuł…

Tydzień później pan od komina z którym byłam umówiona na piątek dzwonił do mnie sześć razy, żeby to przełożyć najpierw na niedzielę, a później na sobotę o szesnastej. W sobotę o ósmej obudziło mnie skrzypienie furtki… Tak mu bardziej pasowało.

Muszę jednak powiedzieć, że tak naprawdę bez moich sąsiadów nie dałabym sobie rady. Wszyscy są kochani i poza mlekiem czy ogórkami, pomagają też w wielu innych kwestiach. Mogę szukać cały dzień zaworu od wody, albo po prostu zapytać sąsiada, który przy okazji mi powie, w jakim stanie jest zawór, kiedy był ostatnio odkręcany i przez kogo. Sąsiedzi zawsze też chętnie pożyczą drabinę, polecą fachowca od drewna itp. Czuję się tu bezpiecznie. Ale choć chcę mieć z nimi dobre kontakty, to też chciałabym, żeby dali mi czasem święty spokój i nie wiem, jak to rozwiązać. Na razie sąsiedzi z obu stron zaczęli przebąkiwać, że po co mi drzewa i krzaki przy ogrodzeniu, to jakieś głupie miastowe zwyczaje, żeby mieć na działce drzewa, a ja zaczęłam planować, jak posadzić więcej, żeby się nie obrazili, ale żebym miała prywatność. Powoli zaczyna do mnie jednak docierać, że życie na wsi jest po prostu inne i czego bym nie zrobiła, to nie będę miała prywatności. Muszę sobie stale przypominać, że to ja się muszę dostosować do wsi, a nie wieś do mnie. Jeszcze nie wiem, co z tego wszystkiego będzie.

 

PS z dzisiejszej perspektywy: Oczywiście już 90 proc. z tego w ogóle nie myślę. Przyzwyczaiłam się, a moi sąsiedzi są super.

Reklamy

16 komentarzy Dodaj własny

  1. eulalia87 pisze:

    hahahaa nada się nada 🙂

    Polubienie

  2. amicidebici pisze:

    Ale fajnie się to czyta! 🙂 Aż Ci trochę zazdroszczę 😉

    Polubienie

    1. udajesie pisze:

      hah sąsiada :D?

      Polubienie

      1. amicidebici pisze:

        Haha! 😀 Też 😀 Ale tego domku na Podlasiu, brzmi to tak fajnie 🙂
        Ale zaraz sobie myślę, ile masz sprzątania w takim domku, ile dbania o ten dom i obejście, że mi się odechciewa 😀 😛

        Polubienie

  3. Adam Horbowski pisze:

    Hej

    Uwielbiam Twoje wpisy

    Sent from my iPhone

    >

    Polubienie

    1. udajesie pisze:

      Dzięki!! 🙂

      Polubienie

  4. świechna pisze:

    Tego jak toczy się nasze życie jest wypadkową tego, czego od niego oczekujemy. Ja całe życie mieszkam na wsi, w domu rodzinnym mamy krzewy przy płocie od każdej strony. Ponieważ mieszkałam tam od dziecka za dobrze znam sąsiadów i to, co mówią o innych, gdy im się wydaje, że dziecko nie słucha 🙂 Tu gdzie mieszkam teraz (wieś irlandzka) cieszymy się dystansem. Sąsiedzi są przemili, dajemy im prezenty na święta, ale tu na szczęście każdy ma najpierw własne sprawy, potem cudze. I tak jest dobrze.

    Polubienie

    1. udajesie pisze:

      Hah u mnie trochę się już unormowało. Na początku miałam wrażenie, że wszystkich interesują wyłącznie moje sprawy… ale potem się przyzwyczaili i trochę odpuścili. Teraz ich czasem nie widuję cały tydzień.

      Polubione przez 1 osoba

  5. pkropka pisze:

    Super, tacy sąsiedzi brzmią jak skarby ❤

    Polubienie

  6. cichosza pisze:

    jak dobrze mieć sąsiada on wiosną się uśmiechnie jesienią zagada 🙂

    Polubienie

  7. Ken.G pisze:

    Podlasie mnie zachwyca pod względem krajobrazów, ale powiem Ci, że Twój opis mnie trochę odstraszył. To zainteresowanie sąsiadów bardzo by mnie męczyło. Lubię święty spokój i nie podobałoby mi się takie nachodzenie. Sama widzisz, jak o tym piszę – nachodzenie. Nie życzliwe odwiedziny i pomoc, tylko przeszkadzanie i siedzenie na głowie plus rady, o które nie proszę. Mam swoje sprawy i swoje życie, im chcę poświęcać czas, a nie żyć życiem wsi. Tak że na idealnym obrazku pojawiły mi się rysy.
    Mam nadzieję w ciągu paru lat wyprowadzić się na wieś (pod Kraków), ale też nie widzę się jako aktywnej członkini tamtejszej społeczności.
    Czytałam też o Twoim pobycie w Szwecji. Gdyby nie było tam tak surowo i chłodno, pewnie bardziej odpowiadałoby mi to „wewnętrzne zimno” mieszkańców niż atakowanie miłością Twoich sąsiadów 🙂

    Polubienie

    1. udajesie pisze:

      Tak się wydaje. Ja też jestem introwertyczna z natury i mi ludzie nie są potrzebni do szczęścia, a potem się ywprowadziłam na 2 lata do Szwecji i teraz wiem, że jednak warto mieć do kogo usta otworzyć i jeszcze żeby to nie był chłodny wypłosz tylko życzliwa osoba.

      Polubienie

      1. Ken.G pisze:

        No nie wiem, może. Tu, gdzie mieszkam, jestem już ósmy rok i nie znam żadnego sąsiada. Nie siedzę pod kamieniem, po prostu kompletnie mi nie zależy na integracji. Wystarczy mi chłop i kot, i starzy znajomi. Może to kwestia charakteru. Kontakty towarzyskie – czemu nie? Ale nic na siłę.

        Polubienie

      2. udajesie pisze:

        no ja też nie znam specjalnie sąsiadów w warszawie tam gdzie mieszkałam 15 lat ale w Szwecji nie ma takiej możliwości poznać sąsiada i wtedy jest inaczej i wtedy dociera, że jednak cywilizację zbudowano zespołowo a nie w pojedynkę.

        Polubienie

  8. Ken.G pisze:

    Toż piszę, że nie wiem (jak by to było) 😉 Może i ja bym zatęskniła do ludzi. A może nie, nie ma co zakładać, że wszyscy z automatu czuliby to samo. Na dany moment wiem, że bardzo nie odpowiadałoby mi takie zainteresowanie, nieistotne czy i jak bardzo życzliwe. Do tego spotkałam się już kilkukrotnie z określeniem tego regonu jako, łagodnie mówiąc, specyficzny. Chodzi mi o mentalność, a konkretnie o coś takiego jak w tej opinii: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/264800/bialystok-biala-sila-czarna-pamiec/opinia/28147642#opinia28147642 Ktoś powie: ona pisze bzdury! A jednak mieszka tam, więc chyba wie, co czuje. Jeden się wtopi w ten folklor z radością, inny będzie się czuł obco całe życie.

    A w Szwecji nie byłam i, póki co, nie wybieram się, ale też chyba nie wszyscy jak jeden mąż z niej uciekają. Komuś nie pasuje, a komuś wręcz przeciwnie. Ot i tyle. Najważniejsze, że znalazłaś swoje miejsce i tu, gdzie mieszkasz teraz, jest Ci dobrze.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s