Freelance: po czym poznać, że ze współpracy nic nie będzie?

dnia

Wiele kreatywnych zawodów to takie trochę dzikie pola, na których nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Serio, nigdy.

Zdarzało mi się odpowiedzieć na dwuzdaniowe oferty zamieszczone o północy na przypadkowym portalu, i nawiązać w ten sposób lukratywną, wartościową współpracę na lata. Zdarzało się też, że profesjonalizm i zainteresowanie moimi usługami aż biły od firmy, i po miesiącach ustalania stawek, umów i tekstów próbnych, odebrałam jedną fakturę na 21,87 zł i nigdy do niczego więcej nie doszło.

Dlatego nie sposób generalizować. Po wielu latach w tej branży są jednak takie sygnały ostrzegawcze, które od razu mówią mi, że nic z tego tak naprawdę nie będzie. Kiedyś ich nie znałam, więc marnowałam godziny lub co gorsza tygodnie na idiotyczne nieporozumienia. Mam nadzieję, że to podsumowanie komuś pomoże uniknąć takich błędów.

Aha – przez „nic z tego nie będzie” nie mam na myśli, że koniecznie nic; może to się udać przez tydzień lub miesiąc, ale potem raczej nic z tego nie będzie.

metaphor-1209691_640

  1. Nie do końca określone obowiązki

Długo wydawało mi się, że to zwykłe nieporozumienie i nie ma co się czepiać. Lata doświadczeń nauczyły mnie jednak, że zwykle jak obowiązki są takie nie do końca dookreślone, to okazuje się ich zawsze być więcej, a nie mniej, niż to się początkowo wydawało. Dlatego lepiej mieć zawsze szczegółowe wytyczne, długości tekstów i stawki, na które można się w razie czego powołać. Dla zleceniodawcy 3000 znaków to może być  minimum 3000 znaków, dla zleceniobiorcy do 3000 znaków. Warto to uściślić od razu.

  1. Wydzwanianie

Może to jest indywidualna kwestia i są tacy, którzy to lubią. Ja jednak już się nauczyłam, że jeśli ktoś chce zadzwonić i rozmawiać ze mną dłużej niż 15 minut, a przy tym nie chodzi o książkę-kandydata do Pulitzera, to zwykle zapowiada to kłopoty. Nie mówię że zawsze – czasem ktoś chce po prostu usłyszeć nasz głos, żeby wiedzieć, czy może nam zaufać, obgadać jakieś podstawowe kwestie, bo łatwiej mu się wyrazić przez telefon, umówić pierwsze spotkanie. Nie ma problemu.

Z mojego doświadczenia jednak wynika, że jeśli standardowe zlecenie, które zwykle obywa się całkowicie bez komunikacji telefonicznej, u kogoś wymaga deliberowania godzinami przez telefon, to raczej nic z tego nie będzie. Jeśli ktoś chce poświęcać tyle czasu na wiszenie na telefonie, to jest prawdopodobne, że w ogóle nie rozumie sedna pracy freelancera i nie da zleceniobiorcy tyle wolności, ile by oczekiwał, a przez to współpraca będzie trudna.

Kiedyś współpracowałam z panem, który tak lubił rozmowy telefoniczne, że już mój poprzednik wytargował… wynagrodzenie godzinowe i wliczał „przegadany czas” do czasu pracy. To może być pomocne, żeby ostudzić zapał krasomówczy waszego zleceniodawcy.

  1. Zbyt skomplikowane systemy
    document-3271743_640.jpg

W sumie to w jednej pracy nadal korzystam z systemu, ale dostałam do niego jasne instrukcje a współpracownicy są pomocni, więc to jest łatwe.

No właśnie, więc nie mówię o każdym systemie tylko o takim, gdzie instrukcje są chaotyczne, nikt ci nie ma czasu pomóc i nie wiadomo o co chodzi. Zamiast pisać, ślęczy się nad jakimiś rubrykami i edytuje zdjęcia żeby miały odpowiednią szerokość, a jak popełnisz jeden błąd to wszystko się rozjeżdża i wszyscy są wściekli, a skąd masz wiedzieć, jak to robić?

Ostatnia moja współpraca tego typu skończyła się tym, że zdałam sobie sprawę, że z każdej godziny 10 minut piszę, a 50 zajmuję się biurową dłubaniną której ani nie lubię, ani to nie należało nigdy do moich obowiązków, i musiałam przestać tam pracować. Tak, myślę, że chodzi też o proporcje, tzn jeśli musisz coś od czasu wkleić to spoko, ale jak to jest sedno pracy, a na pisanie nie ma już czasu, to robi się dziwnie.

  1. Projekt dopiero startujący, nie wiadomo o co chodzi

Sam w sobie dopiero startujący projekt nie jest zły, gorzej jak sam zleceniodawca jeszcze do końca nie wie, czego chce i na czym to wszystko będzie polegało. To sprzyja nieporozumieniom z punktu 1, bo wydawało się, że zdjęcia znajdą się same, a okazuje się, że trzeba ich szukać, a tekst formatować pod niezwykle skomplikowany system (pkt. 2.), którego wszyscy dopiero się uczymy.

Sprzyja to też niedoszacowaniu ilości czasu, jaka jest na coś potrzebna, bo zleceniodawca jeszcze sam nie wie, a ty nie masz wszystkich faktów, więc nie możesz tego prawidłowo ocenić. Często pojawiają się więc w ostatniej chwili prośby od czapy, typu że jeszcze „przy okazji” Facebook poprowadzić i najlepiej w ogóle całe biuro. To wszystko często ciągnie za sobą problemy z pktu 5., 6., 7., i 8. Czasem lepiej się wycofać, żeby się nie denerwować.

5. Kompletny chaos

To punkt nieco pokrewny z ostatnim. Są takie zlecenia, że dostajesz wybrakowany brief ze sprzecznymi zaleceniami, ktoś ci każe odesłać gotowy tekst w piątek o 12:00, a dopiero  o 12:01 dostajesz od niego temat. W tym punkcie mieszczą się również wszelkie problemy nie związane bezpośrednio z pracą, ale równie bolesne: zapominanie o umowach, NIEWYSYŁANIE PITU (TAK, zdarzyła mi się kiedyś kobieta, która wysłała PIT do US a do mnie nie i musiałam sama to wyprostować we wrześniu!), wysyłanie wynagrodzenia po trzech miesiącach.

Czy warto się w to ładować zależy od tego, jak dobrze płatne jest zlecenie i czy jest miło. Tak, to czy jest miło też ma znaczenie! Mam jednego zleceniodawcę, który mi wysyła briefy, w których muszę się domyślać o co chodzi i czasem muszę prosić o poprawki, bo nic się nie zgadza. Ale poza tym jest sympatyczny, mamy miły kontakt, odpisuje na maile, nie robi problemów i szybko płaci, więc z tym żyję. Gorzej, jak za chaosem idzie taki lekki brak kultury (maile typu: ZR1UB TO NA JUTROdobra???), a zleceniodawca w ogóle zapomina, że coś zlecił. Wtedy czasem nie ma sensu tego ciągnąć, bo i tak nic z tego nie będzie.

6. Ciągłe poprawki i uwagi

Z tej porady nie da się skorzystać od razu, bo na początku poprawki muszą się pojawiać. Mówię tu raczej o sytuacji, gdy wiesz, co robisz, odpowiadasz na ogłoszenie, zleceniodawcy podobają się teksty próbne czy portfolio, coś zleca, a później zaczyna kręcić nosem. I tak przy każdym zleceniu. Kiedyś mi było przykro i próbowałam dogodzić albo się kłóciłam. Teraz wydaje mi się, że nie ma na świecie człowieka, który przypadnie do gustu każdemu, wpasuje się w każdy styl i dobrze napisze o wszystkim, więc jak ktoś czepia się każdego słowa i nic mu się nie podoba, to po prostu kończę taką współpracę i żyję dalej. Najwyraźniej nie byliśmy sobie przeznaczeni.

7. Dosyłanie wytycznych po fakcie

To trudno na początku wyłapać, bo każdemu może się zdarzyć, że zapomni o czymś wspomnieć, prawda? Więc staram się być wyrozumiała i na początku jestem elastyczna. Ale jak przy kolejnym zleceniu zmiany w zaleceniach pojawiają się PO wykonaniu zlecenia, to to jest marnowanie czasu. To łączy się z punktem 5. (kompletny chaos) i 1. (niedookreślone obowiązki).

Przypomniała mi się właśnie pani, która wysłała mi tekst do tłumaczenia dla pewnego pisma, ja go przetłumaczyłam, a potem się obraziła, że jej nie powiedziałam, że z przesłanych stron kilka było na jeden temat a reszta na drugi 😀 W gazetach zdarza się, że tekst jest publikowany w odcinkach, a poza tym może zlecili pierwsze pół komuś innemu? Zresztą przede wszystkim to nie moja sprawa, bo to jej zadanie, by mi zlecić prawidłowo zlecenie, a moje to je wykonać. Jako wisienkę na torcie i jednocześnie przykład chaosu o którym mówię dodam, że wtedy  przestała mi zlecać, potem pół roku później ktoś z tego samego pisma napisał do mnie wiadomość czy mogę coś przetłumaczyć, potem znowu zapadła głucha cisza, a jeszcze z rok później ta sama kobieta mnie tam chciała z przyjemnością zatrudnić w redakcji, bo najwyraźniej wszystko jej wyleciało z głowy XD Potem przez parę kolejnych lat randomowo dostałam od nich nagle przelew na kilkaset złotych. Mogę tylko się domyślać, czy im się coś znowu pomyliło, czy te teksty rzeczywiście w takich odstępach szły do druku. Ta historia powinna być w punkcie o chaosie, ale jak masz wrażenie, że zleceniodawca ma amnezję, to nigdy nie wróży dobrze.

8. Dziwne systemy rozliczania

To nie jest może stuprocentowa reguła, ale w moim przypadku się jednak sprawdza. Otóż przykładowo w branży pisarskiej dostaje się wynagrodzenie za stronę lub liczbę znaków, czasem za całość – np. reportaż, artykuł lub skończoną książkę. Natomiast kompletnie nie przystaje do pracy freelancera wynagrodzenie godzinowe i zwykle jak ktoś mi je proponuje, to już wiem, że nie będzie to to, czego oczekuję.

Jestem też ostrożna, jak mowa o stawce za słowo czy jakiś inny dziwny przelicznik, na przykład za jedną literę, choć tu zdarzają się wyjątki i bywa, że to się może sprawdzić. Kiedyś też napisałam coś dla portalu, który płacił za liczbę wyświetleń (a był to raczej niszowy portal, więc trzeba było promować to, co się napisało) – dla mnie to też była strata czasu.

9. Praca to cierpienie

Ostatni powód to jedyny, który nie zależy do końca od pracodawcy. Każdy lubi robić co innego i w czym innym się odnajduje, czasem znaczenie mają tu naprawdę drobne czynniki. Zwykle jest tak, że jak występuje za duża kombinacja powyższych, to praca staje się cierpieniem.

Zdarza się, że nawet jeszcze nie wiem, co mi nie gra, ale już zauważam niepokojące objawy i wiem, że nic z tego nie będzie. Jak mam plan na tydzień, to wszystkie obowiązki idą mi jak z płatka i po kolei je odhaczam, a tą jedną rzecz przekładam na czwartek, potem na piątek i na poniedziałek, i jestem w stanie się tak wozić aż do końca terminu oddania, bo to zlecenie mnie po prostu męczy.

Inny objaw jest taki, że nad czymś, co w teorii powinno trwać godzinę, kolejny raz siedzę już dziewięć godzin i nie mogę skończyć. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że przyjmowanie takich zleceń nie jest dobre, bo prowokuje obijanie się, rozlazłość i odwlekanie obowiązków, a poza tym po prostu jest nieekonomiczne. Dlatego staram się już nie brać zleceń z powyższymi problemami. A Wy których zleceń unikacie bo wiecie, że nic z tego nie będzie?

Reklamy

6 komentarzy Dodaj własny

  1. W tej chwili nie mam się o co martwić, ale wydaje mi się, że twoje rady i uwagi są cenne. 🙂

    Polubienie

  2. Pojedyncza pisze:

    Ja pracuję w innej branży, więc i problemy mam inne, ale wiele kwestii jest jednak uniwersalnych. Początkującemu freelancerowi trudno jest jednak odrzucać nawet źle rokujące zlecenia, na szczęście z czasem nabiera się doświadczenia i wyczucia odnośnie tego kiedy warto a kiedy nie…

    Polubione przez 1 osoba

    1. udajesie pisze:

      Hej, oczywiście wiem, że na początku trudno odrzucać – a myślisz, że jak zdobyłam tą cenną wiedzę o tylu zleceniach i rodzajach zleceniodawców;) Zamiast zniechęcać do próbowania bardziej chciałam pokazać pełen obraz, żeby ktoś kto zaczyna nie rozpaczał że z czegoś nic nie wyszło – czasem tak po prostu jest;)

      Polubione przez 1 osoba

      1. Pojedyncza pisze:

        Każdy wcześniej czy później wypracowuje sobie swoje metody… no chyba, że wcześniej splajtuje. 😉 Ale zawsze warto uczyć się na błędach czyichś a nie tylko na własnych… 😉

        Polubienie

  3. Polka pisze:

    A myślałam, że tylko ja zmagam się z pewnymi aspektami pisania. Punkt 6 i 9 jak najbardziej rozumiem i zgadzam się! Tak jak powyżej napisane: z czasem nabiera się doświadczenia i można już wtedy samemu dobierać pod siebie wszelkie zlecenia. Pozdrawiam serdecznie!

    Polubione przez 1 osoba

  4. Ultra pisze:

    Doświadczenie i czas najważniejsze.
    Serdecznie pozdrawiam

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s